Kiedy nie piszę, myślę o pisaniu

z Jakobe Mansztajnem rozmawia Paweł Majcherczyk

  • 9 Maj 2018

Paweł Majcherczyk: Od Pana pierwszego tomu poetyckiego „Wiedeński High Life” minęło 9 lat, od tego czasu mnóstwo się zmieniło w Pana życiu, zwłaszcza w ostatnim roku. Zaczął Pan współprowadzić program rozrywkowy Make Life Poland Great Again, który jest pokłosiem bloga Make Life Harder. Czy nie tęskni już Pan za pisaniem poezji?

Jakobe Mansztajn: Oczywiście, że tęsknię, ale to jest trudna tęsknota. Kiedy nie piszę, myślę o pisaniu. Myślę: „O, zwiało pani kapelusz. Może usiadłbym i napisał o tym poemat?”. Ale potem siadam, zaczynam pisać i sam już nie wiem, za czym tak tęskniłem. Pisanie to jest wyczerpujący proces. Raz, że musisz sobie w pewnym sensie zrobić krzywdę, położyć głowę na tory, zejść do studni, a dwa – ciągle mam poczucie, że można lepiej. Wiesz, że chcesz dojść z punktu A do punktu B, ale nie ma jednej drogi i ta liczba możliwości, jakimi można poprowadzić wiersz, jest tak ogromna, że dostajesz obłędu.

W pewnym wywiadzie, użył Pan neologizmu: „bieżączka”, proszę wyjaśnić czym ona jest.

Niczym nadzwyczajnym, to są bieżące sprawy po prostu. I to przy okazji trzeci, najbardziej prozaiczny powód, który odciąga mnie od pisania. W ostatnich latach nie narzekam na brak pracy, robiłem najdziwniejsze rzeczy w najróżniejszych konfiguracjach ludzko-geograficznych. Wtedy trudno na pstryknięcie palcem wejść do swojej pieczary namysłu i pisać rzeczy najbardziej intymne. Ale ja się tutaj z każdej strony przedstawiam jako najbardziej leniwy z poetów, tymczasem prawda jest taka, że kilka miesięcy temu zacząłem pisać swój trzeci tom.

Czy czytuje Pan współczesną polską poezję?

Nie robię tego w każdej wolnej chwili, ale mam swoich ulubionych poetów, których monitoruje jak urząd skarbowy. Zresztą nie czytać współczesnej poezji to skazywać się na jakiś rodzaj braku. Oczywiście ten brak jest słabo odczuwalny przez kogoś, kto z poezją ostatni raz kontakt miał w szóstej klasie podstawówki, i ja to na swój sposób nawet rozumiem – życie jest wystarczająco trudne bez dodatkowego męczenia buły w wierszach; ale w tym samym momencie gdzieś w człowieku zalegają pokłady wrażliwości, której nie ukoi kolejna część GTA i może być tak, że w tej zwariowanej, upolitycznionej rzeczywistości polskiej ostatnich lat nowy tomik Tomasza Różyckiego będzie jak świeży powiew w zatęchłym mieszkaniu.

Dostrzega Pan jakiś interesujący polski debiut poetycki (2018)?

Teraz się muszę przyznać do zaległości. Nie, nie dostrzegam, ale to dlatego, że żadnego debiutu z 2018 jeszcze nie przeczytałem.

A jakie książki Pan czytuje?

Cóż, jestem niewolnikiem swoich przyzwyczajeń i sympatii. Jak znajomi odkryli dla mnie bar, w którym serwuje się najlepszego bakłażana w Warszawie, zacząłem tam bywać dwa razy w tygodniu. Tak samo mam z autorami. Czytuje tych, do których mam zaufanie. Takim autorem byłby wspomniany Różycki albo Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki. Takim autorem jest Świetlicki Marcin. Jeśliby pójść dalej w tę durną analogię z bakłażanem, oni są dla mnie właśnie jak najlepsze restauracje w mieście. A jeśli pytanie dotyczy rzeczy głębszych, a mianowicie - czego w książkach poszukuję, to ja chyba nie umiem na nie odpowiedzieć. Gdybym wiedział, co to jest i czego szukam, mógłbym się przygotować, tymczasem dobre książki zawsze ściągają mnie jak nieoczekiwany strzał z biodra.

Ostatnio popularnym „gatunkiem” stała się instapoezja, poruszyła ona środowisko poetyckie. Czy ma Pan jakieś zdanie na temat tego modnego zjawiska?

Chodzi o wiersze wrzucane na Instagram? Spoko. Ja tego akurat nie robię, zbyt nabożny mam może do poezji stosunek, ale nie mam z tym problemu. Wszystkie ręce na pokład. Jak kogoś poruszy wiersz o przemijaniu wrzucony między #foodporn a #zakupywlidlu, to czemu nie. Przecież nie chodzi o to, żeby się zamykać z poezją w wieży z kości słoniowej. Sam zresztą parę razy wrzuciłem napisany naprędce, żartobliwy wierszyk na fanpage Make Life Harder i skala rezonansu zawsze jest zaskakująca. Nad książką pracujesz kilka lat i do końca nie wiesz, jaki będzie jej odbiór – tymczasem quasiwierszyk na Facebooka machniesz w 25 minut i godzinę później masz już 4 tysiące lajków. Może tak trzeba żyć.

A propos instagrama. Poezja ma swoje korzenie w muzyce, a Pana można oglądać, jak Pan „śpiewa”, często są to wygłupy. A tak całkiem serio, czy muzyka wpływa na Pana twórczość?

To trochę jakby zapytać, czy życie wpływa na moją twórczość. Jasne, że wpływa. Tyle że u mnie wszystkie wpływy miksują się później w głowie jak koktajl i trudno powiedzieć, co wpłynęło na co. Zdarza mi się za to podczas pisania indukować sobie – że tak powiem – wspomnienia przy pomocy piosenek, z którymi się kojarzą. Włączam np. „About Today” The National i znów jest 24 sierpnia 2012.

Kiedy możemy się spodziewać Pana trzeciej książki poetyckiej?

Są dwie perspektywy: albo nigdy, albo za dwa lata.

 

 

 

 

fot. Albert Zawada

Paweł Majcherczyk

Powrót