MOJE ŻYCIE JEST BOGATSZE NIŻ MOJE MARZENIA

z Wojciechem Widłakiem rozmawia Agnieszka Kostuch

  • 27 Sierpień 2017

Agnieszka Kostuch: Opowiadania dla dzieci zaczął Pan pisać po czterdziestym roku życia, będąc doświadczonym redaktorem. Co Pana skłoniło do tego aby zostać bajkopisarzem?

Wojciech Widłak: To nie był mój wybór ani decyzja na poziomie świadomej realizacji jakichś chęci czy marzeń. Bardzo lubię o tym opowiadać, bo ta historia ma walor przypowieści. Przekonałem się bowiem, że w wieku 40 lat mężczyzna może zmienić swoje życie, nie raniąc nikogo, co przecież zdarza się nam mężczyznom.

Pracowałam w miesięczniku „Dziecko”. Pisałem artykuły dla rodziców. Jak ktoś wierzy w przypadki – to był ciąg przypadków. Ja w przypadki nie wierzę, więc mam łatwiej (śmiech). Bardzo wiele zawdzięczam kobietom. W tym miesięczniku pracowały same kobiety. Kiedy odeszła jedna z nich, jako posłuszny redaktor przejąłem jej obowiązki, czyli pisanie zagadek. Potem odeszła następna, która je ilustrowała. Za nią ilustracje zaczęła wykonywać Ela Wasiuczyńska. W którymś momencie znudziło jej się malować te zagadki i przysłała mi malutki portrecik pana  w meloniku, z muszką i napisała: „To jest Pan Kuleczka. Może cię natchnie.”

Jestem przekonany, że pod zwykłymi wydarzeniami kryje się coś więcej. Znaczenie faktów w naszym życiu odsłania się przed nami stopniowo. Sens niektórych zdarzeń pozostaje zakryty. Pewnie zobaczymy je z innej perspektywy, gdy będziemy już po tamtej stronie, i wtedy wszystko stanie się jasne.

Najpierw pomyślałem sobie, że bardzo ważne było słowo natchnie i oczywiście obrazek. Nosiłem wtedy melonik i muszki, ale Ela widziała mnie tylko raz, i to na pewno bez melonika. Całkiem niedawno doszedłem do wniosku, że bodaj ważniejsze jest słowo może.  Otwiera wiele ścieżek, a nie stwarza przymusu. Tak się stało w moim przypadku. Ciekawe, że kiedy po latach przeczytałem ponownie „Na wschód od Edenu” Steinbecka, ważną książkę mojej młodości, przypomniałem sobie, że słowo może jest w niej osią opowieści o Kainie i Ablu. Może, może-sz – słowo brama.

Ale wróćmy do faktów, choć nie mogę obiecać, że nie będzie więcej dygresji. Otóż zacząłem pisać opowiadania o Panu Kuleczce – co miesiąc jedno, ponieważ „Dziecko” to miesięcznik. Wydawały mi się takimi samymi tekstami jak wcześniej pisane artykuły. Byłem przekonany, że jeżeli zachoruję, to któraś z koleżanek napisze za mnie następne. Kiedy powiedziałem to kiedyś w redakcji, dziewczyny myślały, że żartuję. A mnie się wydawało, że to, o czym piszę w tych opowiadaniach, jest absolutnie oczywiste. Koleżanki uświadomiły mi, że nikt za mnie ich  t a k  nie napisze.

Wypracował Pan własny charakterystyczny język w tych opowiadaniach – esencjonalny, ciepły, naszpikowany środkami poetyckimi, humorem. Jak się on kształtował?

Choć nie jestem z wykształcenia polonistą, to język zawsze był dla mnie ważny. Nigdy jednak nie sądziłem, że ja sam posługuję się jakimś szczególnym językiem. Wydaje mi się on całkiem zwyczajny.

Jako czytelnik ceniłem i cenię elegancję języka, swobodę wysławiania, bogactwo skojarzeń. Nauczyłem się czytać w wieku pięciu lat. Sięgałem po różne książki, także z biblioteki rodziców. Na początku podstawówki przeczytałem „Zieloną Gęś”.

To już wiadomo, skąd tyle humoru w Pana opowiadaniach. „Kubuś Puchatek” też maczał w tym palce?

„Kubuś” był jedną z pierwszych książek, które mnie ukształtowały.

W Pana opowiadaniach jest wyczuwalny klimat właśnie „Puchatkowy”.  Był inspiracją?

Na pewno nie był inspiracją świadomą. Po latach bałem się wrócić do „Kubusia” i może dobrze, że nie wróciłem wtedy, kiedy stawiałem pierwsze kroki jako pisarz, bo pewnie nie odważyłbym się nic napisać. Porównywanie się do Milne’a  wydaje mi się niestosowne. To tak jakby w sferze duchowej porównywać się do świętych. Choć polski „Kubuś” to oczywiście dzieło nie tylko A. A. Milne’a. Pani Irenie Tuwim powinno się za przekład postawić pomnik!

To prawda. Czy ciepło domu, rodziny, które Pan opisuje w swoich książkach sięga korzeniami w Pana dzieciństwo?

Moją Arkadią był dom moich Dziadków w Krakowie na Azorach. Miał strych pełen skarbów, na przykład roczników „Przekroju” z historyjkami obrazkowymi o profesorze Filutku i wierszami Ludwika Jerzego Kerna. W piwnicy oprócz węgla kryły się mosiężne odważniki, stara waga szalkowa i rozmaite inne tajemnicze przedmioty. Był ogródek ze studnią, do której zaglądałem z ciekawością, a z której Dziadek czerpał zimną wodę, nawet gdy założono już wodociąg. Babcia to była taka Pani Kuleczkowa. Myślę, że Dziadkom zawdzięczam więcej, niż potrafię powiedzieć…

Truizmem jest mówienie dziś o kryzysie małżeństwa, rodziny. Większość z nas zdaje sobie nawet sprawę z jego przyczyn, jednak mało kto podejmuje próby przeciwdziałania im. Kiedy myślę o Pana książkach, odnoszę wrażenie, że to jest właśnie taka próba – oczywiście na miarę możliwości pisarza. Tokarczuk w „Księgach Jakubowych” nazwała pisanie -  „tikkun, naprawą świata, cerowaniem dziur w tkaninie”. Ma Pan poczucie, że dokłada Pan swoją cegiełkę w naprawę rodzin? Ceruje w nich dziury?

Bardzo Pani dziękuję za taką interpretację tego, co robię. Jestem fanem małżeństwa, nie tylko własnego. Jako mąż z 36-letnim stażem uważam, że małżeństwo to po pierwsze, świetna przygoda, a po drugie, ważna wartość. Albo może odwrotnie. J W każdym razie jestem przekonany, że warto walczyć o małżeństwo. A jak to się ma do mojego pisania? Trudno mi powiedzieć, bo pisząc, nie stawiam sobie żadnych ideowych celów. Może jest tak, że - jako człowiek nie wiedzieć czemu hojnie obdarowany - pisząc mogę oddać choć trochę z tego, co otrzymałem? Nieświadomie, więc bez zasługi.

Może lepiej powiem o Panu Kuleczce, a nie o sobie. Z tego, co mówią dorośli czytelnicy, widzę, że Pan Kuleczka łączy. To piękne i dla mnie bardzo cenne. Sądzę, że dzieje się tak dlatego, że Pan Kuleczka bardzo delikatnie, z poziomu domu rodzinnego, z poziomu świata dziecka, przypomina nam o sprawach podstawowych, ważnych dla wszystkich, sprawach, o których my dorośli trochę wstydzimy się mówić. Takich jak miłość.

Wielu uważa, że czas „pokrzepiania serc” poprzez  literaturę skończył się w XIX w. A Pan wciąż wierzy w tę możliwość literatury?

Sądzę, że jest bardzo ważne, by literatura niosła nadzieję. Ale kim jestem, żeby formułować taki generalny postulat?

Może tylko i aż autorem odpowiedzialnym za słowo?

Oj… Choć chciałbym, żeby tak było. Tej odpowiedzialności uczyłem się w „Karcie”. Była najlepiej redagowanym z najrzadziej wychodzących podziemnych kwartalników, to znaczy ukazującym się raz na rok. Ale to było pismo świetnie robione. Przyjęliśmy zasadę, że wszyscy w redakcji (sześć, osiem osób) czytają teksty wszystkich i każdy ma prawo „wyzwierzęcać się” (że użyję malowniczego określenia mojej teściowej) nad tekstem każdego. Ale, co jest bardzo ważne nie tylko w relacjach autor – redaktor, mieliśmy do siebie zaufanie. To uczyło każdego autora, który przetrwał taki proceder, nieco pokory i nieco odpowiedzialności za słowo. Wiadomo było, że nie można paplać.

Myśmy pisali w sposób niezwykły jak na tamte czasy. Pokazywaliśmy Historię z perspektywy indywidualnego człowieka, zwykle postawionego w skrajnej sytuacji. Zderzaliśmy relacje różnych osób – uczestników, świadków. Z okruszków takich zapisków tworzonych przez wielu autorów wyłaniał się większy obraz. Ta metoda to także metafora. Pokazuje, że każdy z nas może być tylko okruszkiem, ale każdy z nas jest bardzo ważny, bo wszyscy razem tworzymy większą całość. Jesteśmy sobie potrzebni – do tego, by tę całość stworzyć, ale również by pomóc sobie ją zobaczyć.

Nie chciałby Pan stworzyć historii o domu złym, rodzinie z zaburzeniami w relacjach między jej członkami?

Chyba nie umiem. Ale myślę też, że to nie jest kwestia tego, czy się chce, ale tego, czy można pisać o tak poważnych problemach w opowieściach dla małych dzieci. Jestem przekonany, że co innego i inaczej można napisać małemu dziecku, co innego i inaczej starszemu i dorosłemu. Natomiast zawsze pozostaje pytanie, na które odpowiedzi nikt z piszących nie zna: Kto przeczyta to, co napisałem? Jaką będzie miał wrażliwość? I w związku z tym może jestem przesadnie ostrożny w dotykaniu trudnych kwestii w moich książkach. Chociaż raz to zrobiłem i to, można powiedzieć, „hurtowo” – w książce dla nieco starszych dzieci „Dwa serca anioła”.

Najmłodszy czytelnik wymaga od autora największej odpowiedzialności za słowo?

Mały człowiek w ogóle potrzebuje więcej troski niż duży. Proszę sobie wyobrazić niemowlę, które się budzi, a obok nie ma mamy. Koniec świata! To mniej więcej tak, jak byśmy my obudzili się na bezludnej wyspie. Niemowlę płacze! Niczego tym nie wymusza, tylko prosi o potwierdzenie, że świat nadal istnieje, a ono jest kochane. Tak naprawdę każdy z nas pragnie potwierdzenia, że jest kochanym, tylko w różny sposób przejawia się ta miłość. Niemowlę potrzebuje powrotu z tej bezludnej wyspy do miejsca, które zna – w ramiona rodziców, bliskich mu osób. I tak samo literatura dla dzieci powinna być takim przytuleniem. To jest dawanie dziecku podstaw, umacnianie małego człowieka: jesteś ważny, świat jest uporządkowany, możesz go poznać, możesz sobie w nim poradzić, nie jesteś sam.

Myślę, że człowieka tak jak dom, buduje się od fundamentów, dlatego strasznie drażni mnie to, co niby powinienem lubić, bo przecież wyrosłem na „Zielonej Gęsi”: zabawa konwencją, ale proponowana za wcześnie. Na przykład historie o Czerwonym Kapturku, który jest zły, a wilk dobry, z ilustracjami  sugerującymi lekturę dla małego dziecka. Nie można bawić się czymś, co nie zostało poznane. Później owszem. A jednak nie dla wszystkich jest oczywiste, że pewne książki nie są dla dzieci.

Fenomenem wydaje mi się umiejętność pisania z perspektywy dziecka, samemu będąc dojrzałym. Jak ją Pan wypracował? To owoc rodzicielskiego i dziadkowego doświadczenia, czy bieżących obserwacji, słuchania dzieci, empatii w ogóle?

Powiem wprost: nie wiem. Niektórzy autorzy notują wypowiedzi dzieci. Ja tak nie umiem. Próbowałem nawet zapisywać powiedzonka moich dzieci i wnuków, ale brakowało mi konsekwencji. Widocznie to działa inaczej. Niemożliwe, żeby wszystkie te słowa, zdarzenia, doświadczenia przepadały gdzieś bez śladu. Każde doświadczenie jest czymś niezwykłym, bo nikt nie można go nam zabrać czy zmienić, tak jak na przykład poglądów. Dobrze więc odwoływać się do doświadczeń. Tylko – jeśli chodzi o pisanie – to z moimi doświadczeniami dzieje się coś takiego, czego nie rozumiem. Ale i nie muszę rozumieć.

Czyli jednak fenomen.

Niech i tak będzie, jeśli musimy to jakoś nazwać.

Z jednej strony ma Pan świadomość  odpowiedzialności za słowo, posługuje się bogatym warsztatem literackim, a z drugiej często powtarza Pan w wywiadach, że sam jest zdziwiony efektem swojej pracy. To kokieteria?

To nie kokieteria, to fakt! Po co dziadek miałby kogoś kokietować? Żeby być ścisłym: takie uczucie zdumienia nie zdarza się codziennie i bardzo je lubię! Pamiętam wrażenie, kiedy zapisywałem pewną opowieść, dochodziłem do końca i dopiero wtedy widziałem, że puenta ukryła się na samym początku. Ale może to tylko ja nie widzę tego, co jest oczywiste dla czytelnika?

Na koniec przytoczę słowa p. Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel – „nauczyłam się, że przebywanie w towarzystwie Wesołego Ryjka może zmienić humor – z takiego sobie na bardzo dobry!” A ponieważ mam z dziećmi dokładnie takie samo doświadczenie po lekturze Pana książek, dlatego zapytam o receptę na tę pogodę ducha, którą Pan w sobie nosi i tak szczodrze dzieli się z czytelnikami.

Skąd ja mam wiedzieć? (śmiech) Myślę o sobie jako o ponuraku, facecie, który zrzędzi, marudzi, narzeka. Wystarczy spytać moje dzieci. Dlatego też – tak jak o tym mówię i będę mówił – nie do końca czuję się autorem moich książek. Przecież widzę, że te teksty są ciepłe, dają poczucie bezpieczeństwa, nadzieję, uśmiech. Dla mnie to kolejny dowód na to, że dla Pana Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Widocznie spodobało Mu się, żeby taki ponury Widłak pisał pogodne historie, które dają ludziom radość. I to bardzo różnym ludziom, co też jest niesamowite!

Te opowiadania pomogły mi zobaczyć, że w gruncie rzeczy jestem człowiekiem szczęśliwym. Życiorys mam trochę pokręcony, ale widzę, że wszystko jest po coś, a różne rzeczy, które robiłem w życiu, teraz mi się przydają.  Moje życie jest bogatsze niż moje marzenia.

 

 

zdjęcie autora: Maciej Wróbel

 

 

 

Agnieszka Kostuch

Powrót