O drodze „w nieznane, ale w dobrą stronę…”

opowiada Anna Janko

  • 15 Luty 2018

Agnieszka Sroczyńska: Ostatni tom Pani poezji pt. „Miłość, śmierć i inne wzory” będący wyborem wierszy z wielu lat odbieram jako podsumowanie tego, co w poezji, a nawet szerzej – w pisaniu w ogóle  - było i jest dla Pani najważniejsze. Mam na myśli dwa wielkie tematy – miłość i śmierć. Czym kierowała się Pani układając ten wybór?

Anna Janko: Nie tylko te dwa  tematy, choć rzeczywiście są one zasadnicze. Tytuł książki sugeruje także te „inne wzory”. To ważne, w tej cząstce tytułu zawiera się owa niezbędna szczypta ironii, rozładowująca patos wielkich słów. Wybierając wiersze ze swoich tomików, kierowałam się ich jakością artystyczną, niczym więcej. Nie chciałam żadnego chronologicznego przeglądu twórczości lirycznej, pod hasłem np. „autor w rozwoju”. To skromny objętościowo wybór, bo niezbyt wiele tekstów kiedyś pisanych cenię dzisiaj. Jest to jednak jakieś podsumowanie… przed kolejnym etapem.

W książce „Boscy i nieznośni” napisała Pani – „Energia miłosna i energia twórcza są tym samym”, „miłosny stosunek do świata jest konieczny, by móc być artystą. To z morza miłości i jego nieraz burzliwych dopływów artysta czerpie twórczą energię”. Nie przypominam sobie, żebym usłyszała od jakiegokolwiek twórcy tak kategoryczne stwierdzenie warunkujące twórczość od miłości. A Pani nazwała ją motorem twórczości.

Nie, to absolutnie nieoryginalna myśl. Energia miłosna to coś więcej niż skłonność dwojga istot do siebie nawzajem. To żywioł życia w ogóle. Nie ogarniamy go, nie takie jest nasze zadanie, mamy mu ulegać… Twórczość artystyczna to rozmaite próby formowania tego żywiołu, a właściwie zdobytej o nim intuicyjnej wiedzy, można rzec, metodą tzw. obserwacji uczestniczącej…

W „Małej zagładzie” dotknęła Pani najgłębiej tematu śmierci.

Adam Zagajewski tak napisał o roli, wartości pracy poetów w przeżyciu żałoby: „Poeci zasłużyli się też XX stuleciu przez to, że gdy już dokonały się jego okrucieństwa, opłakiwali je. Poezja dużo płakała – ale nie zbędnym, histerycznym płaczem egzaltowanych, tylko życiodajnym i tragicznym płaczem, bez którego dalsze życie po masakrach i podłościach nie byłoby możliwe, albo możliwe, lecz wydrążone. W wielkim i niezbędnym dziele żałoby poeci przydali się bardzo.”(„Poeta rozmawia z filozofem”, Warszawa 2007)

Wspominam o tych słowach, bo wydaje mi się, że „Mała zagłada” nie wyglądałaby tak, gdyby nie była Pani poetką, gdyby napisał ją reportażysta, „tylko” prozaik. Mylę się?

Adam Zagajewski powiedział zarazem coś bardzo ważnego, że nazywanie niepojętego jest konieczne; okrucieństwa wojenne są bowiem nie do pojęcia, świadomość człowieka nie jest w stanie przyjąć tych doświadczeń. Trauma to nie tylko dramatyczny uraz psychiczny, ale - na poziomie fizycznym – efekt zniszczenia połączeń neuronalnych w mózgu. Konkretna sprawa, nie metafora… Ekstremalne emocje niszczą centralny układ nerwowy. Dziś to już wiemy, bo metody diagnozy wspierane są przez zaawansowane technologie. Tym pewniej możemy mówić o wpływie traumy na kolejne pokolenie. Terapia traumy to nazywanie, opowiadanie, a więc oswajanie tego, co nie pozwala normalnie żyć. „Mała zagłada” to opowieść o tych skrajnych emocjach napisana prostym, „domowym” językiem, bez zachowania poprawności politycznej.  Napisana językiem skrótu, ironii, sarkazmu, nieraz, rzeczywiście,  z użyciem narzędzi stylistycznych charakterystycznych dla poezji, zawsze bez sentymentów.

Przy powstawaniu tej książki przeważały motywacje osobiste – chęć pomocy Mamie i sobie, potrzeba zamknięcia tamtego rozdziału, zakończenia żałoby, czy bardziej zawodowe - chęć zmierzenia się z nowym wyzwaniem, nowym gatunkiem literackim?

Osobiste zawsze, przy każdej książce. I zawsze te uniwersalne, powszechne. Pisarstwo jest jednym i drugim naraz. W „Małej zagładzie” są także fragmenty eseistyczne, historyczno-eseistyczne, one są kontrapunktem dla tego, co jest opowieścią rodzinną. Dają ten pożądany uniwersalny wymiar. Piszę o wojnie jako zjawisku towarzyszącym człowiekowi przez tysiąclecia. O dobru i złu, które mają nas w swej władzy i szarpią nami… To nie jest utwór literacki określonego gatunku, to formalny „mieszaniec”. Istotne dla mnie było znalezienie odpowiedniego tonu, współczesnego języka,  jakim da się dziś jeszcze raz powiedzieć coś o wojnie i jej konsekwencjach, ale tak powiedzieć, by to przykuło czytelnika, który już nie chce więcej martyrologii. 

Hanna Krall wyznała Pani kiedyś: „Nienawidzę martyrologii własnej i cudzej. Ona mnie brzydzi i nudzi. Potrzebna jest zawsze forma, która wszystko należycie oddali, żeby się to dało opowiedzieć bez szlochu, bez histerii. Tragedie pozbawione formy są czymś bezwstydnym.”(„Boscy i nieznośni”). Przeczytała „Małą zagładę”?

Nie wiem, czy Hanna Krall przeczytała „Małą zagładę”. Jeśli tak, to sądzę, że co do formy, nie powinna była mieć wątpliwości. Ja także uważam, że każda autorska łza, to gwóźdź do trumny dzieła. Dystans i forma – nad tym pracuję całe życie.

W „Małej zagładzie” stawia Pani pytania o źródła własnej tożsamości, wyboru drogi zawodowej - „może zostałam poetką z powodu niewiary w przyszłość?” - i o źródła innych wyborów, nawet takich jak nieustanne przeprowadzki z miasta do miasta, z domu do domu - „jakaś łatwość tracenia wszystkiego, trudność pozostania w miejscu, jakbym nie ufała otoczeniu. Uciekać. ” Twórczość artysty jest uwarunkowana doświadczeniami z dzieciństwa?

Rainer Maria Rilke, wspaniały niemieckojęzyczny poeta uważał, że nie otrzymujemy nic ponad to, co w dzieciństwie, że ono stanowi podstawę.  Miał fatalne dzieciństwo, mógł mieć wrażenie, że jest zatrzaśnięty w tamtych doświadczeniach, bo tam były źródła jego (twórczej) neurozy… Nie wiem, czy jest tak w każdym przypadku. I czy w tak totalnym wymiarze. A czy w ogóle przeżywamy tylko jedno dzieciństwo, to na początku życia?  Gdy jakimś obrotem spraw udaje nam się wrócić do pierwotnej wrażliwości, do tzw. rzeczy pierwszych, to może rozszerzamy te wytyczone na początku życia granice? Czasami  dramatyczne wydarzenia przekopują nasze życie, zmieniają wrażliwość, czasem miłość darowuje nam nowy początek, od rudymentów. Jednak rzeczywiście, moja mama jako wojenne dziecko straciła dom,  swoją wieś, rodziców, mieszkała w sierocińcach, potem moi rodzice jako młode małżeństwo wciąż się przeprowadzali, nie mogli nigdzie zagrzać miejsca.  Odziedziczyłam ten model, jestem dziedzicznie niezakorzeniona…

W „Boskich i nieznośnych” nazwała Pani poezję „źródłem poznania”. Źródłem poznania czego (kogo?) stała się, jest dla Pani poezja?

To, co nazywamy tajemnicą egzystencji,  wydaje się nam, ludziom, do zdobycia, jak góra, której szczyt tonie we mgle. Dlatego tak wielu jest śmiałków. Uczeni rozmaitych specjalności pracują w pocie czoła, w rozmaitych dziedzinach, rozszerzając granice wiedzy. Poeci pracują w języku, który paradoksalnie jest zarazem narzędziem i materią. To specyficzna sfera, gdzie pytanie bywa odpowiedzią.  Wiersz jest przed myślą, choć wyraża się także poprzez słowa. Dlatego  odczytując doskonały utwór poetycki, odczuwamy, że dotknęliśmy  czegoś najistotniejszego, wiedzy tajemnej.  Pisząc wiersz mam wrażenie, że idę w nieznane, ale w dobrą stronę…

Pani dwie powieści „Dziewczyna z zapałkami” i „Pasja według św. Hanki” zyskały dużą popularność, szczególnie wśród kobiet. Jakiś czas temu wspomniała Pani, że pracuje nad kolejną częścią opowieści o Hance. Powie Pani coś więcej o niej?

Gdy autor zbyt wiele mówi „nad czym teraz pracuje”, to może odebrać energię własnemu utworowi i książka nie da się napisać. Taka jest fizjologia twórczości. Co ma być napisane, niech się pisze, a rozmawiać możemy o tym, co już zrobione. Powiem więc, że jesienią ukaże się - napisana już -  książka wojenna dla dzieci. Delikatna i dostosowana do dziecięcej wrażliwości wersja „Małej zagłady”.

Dziękuję pięknie za rozmowę.

 

Agnieszka Sroczyńska

Powrót