Beata Patrycja Klary

urodzona w 1976. Uprawia poezję i prozę. Filolog polski, felietonista, recenzent. Wydała siedem książek poetyckich i trzy tomy rozmów z literatami. Nominowana do Nagrody Miasta Stołecznego Warszawy w kategorii poezja za książkę De-klaracje 2014.
Laureatka Nagrody Otoczaka za tom Misterium solitera 2015. Dwukrotna laureatka Wawrzynu Lubuskiego. Stypendystka. Wielbicielka spacerów z aparatem fotograficznym.

 

środek lata

 

Z dawnych miejsc pozostała tylko stara piekarnia. Jeszcze rodzi

gorące bułki, ale już mało kto je kupuje. W Biedronce są o wiele

tańsze i kobieta, która co rano zaplata na głowie siwy warkocz,

tęskni za kolejkami po jedyne świeże pieczywo w miasteczku.

 

Ludzie stoją teraz tylko przy pijalni, a kurwią się w pobliskich

ruinach. Był tam klasztor i była legenda o złotej kropielnicy

dającej uzdrowienia. Mąż kobiety z piekarni, zaraz po tym jak

stracił stopę od nic nie znaczącej cukrzycy, liczył na cud, ale

jedyne co zobaczył na starych kamieniach, to śliczne nogi córki.

 

Okrakiem obejmowała nimi wszystkich mężczyzn i przyjmowała

w siebie promienie słońca. Wtedy uwierzył, że chrzest może być

także z nasienia.

 

 

 

jesienne wykopki

 

Czasem dymy ognisk z pobliskich pól wchodzą na rynek. Dotykają

cegieł i sennie rozwiewają się na dawno niemytych oknach. Młodzi

nie lubią panującej wtedy ciszy. Uciekają do lasu, gdzie u podnóża

pni można znaleźć blizny krwawej wojny. Często opowiada o niej

staruszek z zielonej budki. Były tu kiedyś kręte okopy, a on ciężko

ranny ledwo zdołał z nich wyjść.

 

Polubił tutejszy spokój naftaliny z płaszczy, butów i waliz. Sprzedaje

niewiele, bo na straganie tylko w czwartki maca się towar. Na mdłym

stoliku przerzuca wypłowiałe niemieckie ryciny. Nikomu nie mówi,

że pod powierzchnią blatu znajduje się cenna bizantyjska polichromia.

 

 

 

black hole

 

                                   dla TSJ

 

Anka czuje palcami zatroskane twarze. Gdy krwawi

do gliny zatrzymuje czas. To wtedy z każdym ruchem

wypełniają się rzeźby.

 

Anka umie dbać tylko o innych. Dlatego nocami połyka

bezoary, z których włos po włosie wyciąga troski. Sadzi

je w ogrodzie obok kosmicznych onętek tak jednorocznych

jak jej plany przeżycia.

 

Anka nie ma swojego imienia. Z chrztu wołają na nią

ta co oświetla i rozgrzewa choć bardziej przypomina

wypalenie na biskwit. Jeszcze długo nie dotknie

szkliwienia.

 

Anka czuje palcami zatroskane twarze. I właśnie dlatego

uplecionym warkoczom dziewczynek daje siwiznę

pajęczego włosa. To wtedy z każdym ruchem rodzi się

i zaczyna oddychać.

 

 

 

 

 

center house

 

                                   dla BZ

 

Czarna często przesiadywała w pudle po starym

rubinie. Zimnym i brudnym, ale na tyle dużym

by schować przed dorosłymi. Oni nigdy nie mieli

zielonych marynarek czy turkusowych sukienek,

za to posiadali w nadmiarze biały płyn. Pili zawsze

 

i wszędzie. W takich chwilach marzyła o czerwonym

płaszczyku. Wszystko było przecież szare. Wierzyła,

że gdyby miała jaskrawy ciuch, może ktoś napisałby

o niej książkę, a później nakręcił piękny film.

 

Czarna w pudle mówiła dużo i chętnie, chyba, że trzeba

było siedzieć cicho. Wtedy wycinała papierowe ubranka,

nakładała na ludzi z kartonu i robiła niemy pokaz.

Miała szczelnie zapięte na zamek usta. Później

kładła się na podłodze i udawała kartkę. Można było

 

w nią dużo pakować. Lubiła o tym opowiadać, ale kiedy

wyciągano ją za włosy, przestawała mówić. Dziś jest już

bardzo duża i ma własne dziecko. Żadnych pudeł nie

wyrzuca. To jest jakaś niejawna przypadłość.

 

 

 

 

 

 

pałacowa impresja

 

                                       dla MG

 

Małgorzata z recepcji powiesiła się przy kanapie. Wcześniej

pocięła dowód, karty bankowe, wyrzuciła telefon. Piętro

wyżej w najlepsze trwał bankiet. Ktoś obmacywał chętną

dziewczynę, ktoś inny markował picie. Bawili się.

 

Może na chwilę przed usłyszała: kiedy tańczę, niebo tańczy

ze mną, kiedy gwiżdżę, gwiżdże polu wiatr. A wiatr był tego

dnia porywczy i nikomu nie chciało się chodzić na dół.

Rzadko kto mijał jej rozpalone strachem oczy.

 

Fryzura i kolor włosów na Merlin. Średni wiek. Drobne

ręce, którymi podawała klucze. Nie było widać krawędzi.

Wcale nie była smutna. To wszystko. Nic więcej nie wiem

o Małgorzacie z recepcji, która powiesiła się przy kanapie.

 

 

Powrót