Grzegorz Wołoszyn

ur. w 1976 roku w Nisku. Polonista, instruktor teatralny, poeta, fotograf. Laureat kilku konkursów literackich (min. Nagroda Główna I Spotkań Poetów-Pedagogów w Krakowie oraz Grand Prix w V Ogólnopolskim Konkursie na Książkę Literacką „Świdnica 2012” za Poliptyk, który w roku 2013 zdobył również tytuł Krakowskiej Książki Miesiąca za miesiąc maj). W latach 2009-2013 był jednym z redaktorów witryny literackiej Poezja-Polska.pl, publikował min. w „Krakowie”, „Fragile”, „Lamelli”, „Szafie”, „Frazie”, „Dzienniku Polskim”, „Arteriach”, „e-splocie”, londyńskim „Nowym Czasie”. Od 2007 roku związany z niezależną grupą „Poeci Po Godzinach”.

W swoim dorobku ma dwie książki poetyckie, Zawsze słowo (2005) i Poliptyk (2012). Aktualnie mieszka i pracuje w Stalowej Woli.

 

 

Kondukt

Już złożone wszystkie zdania, podrzędne,
wywiedzione w pole, przykryte gliną.
Resztki ciała stają się słowem, kwitną
w doniczkach z papieru, płonne płomienie,

coraz bardziej obce języki, które
niesie teraz nasza ślina. Więc kondukt
wpada w koleiny utarte z kodu
i białka? Mdły kogel mogel pokoleń,

piana bita do krwi. Strach włożyć palec,
rozpoznać kształt rany ukrytej w tkance
dna, jej wąskie światło zakazić pasmem,

gdzie falują tylko cienie. Rzucamy
kości, by ocalić głodny kawałek
materii, jakoś się z tego wygrzebać.

 

 

Katedra pod ostatecznym wezwaniem

 

Z pewnością nadchodzą czasy szczęśliwej niewiedzy.

Andrzej Sosnowski

 

Areały ekstazy, kubiki rozkoszy!
Różowe wtajemniczenia,
lepkie rytuały, przymiarki
do życia niepokalanego
myśleniem.

O, święta świadomości! A jednak cię kręci!

Patrzysz na precyzyjnie zadawane
ciosy i chłoniesz tekstylną
bezczelność, dyktat multipleksu,
ślinisz niewidzialną dłoń utkaną z długu.

Parady szlauf na schodach ruchomych
jak piasek. To bardzo wciąga:
kajdanki z futerkiem, lateksowe zabawki,
śnieżne ścieżki i cały ten stuff. Dopalasz
papierosa i czujesz się jak ofiara
zakazanej reklamy, molestowany
nieletni. A przecież chciałeś tylko dorobić
do tego historię. M jak miłość albo Marlboro.

Kody kreskowe kasują produkty, taksują
embriony. Coś się rodzi
bez bólu, podąża szeroką, brukowaną aleją,
szuka drogi do raju.

Tam jak zwykle: permanentne promocje,
owoce w atrakcyjnej cenie.

 

 

Nowe wspaniałe święta

 
Pierwsza gwiazdka mruga
w płomieniach zniczy.
Hipermarkety zdejmują wieńce
i podkładają bombki.

Rozrywamy się zakupami,
obgryzając puste wnętrza
czekoladowych mikołajów.
Sacharoza przesypuje się
między zębami, tworzy zaspy
w arteriach. Ale nam teraz
w głowach tylko kulig! 

Dźwięki dzwonków, szare komórki
przyprószone puchem darmowych minut,
białe bałwany, czerwone nosy,
kręte światełka i anielskie włosy.

Kevin siedzi sam w szklanej pułapce
ekranu i słucha Last Christmas.
Nawet nie próbuję uciec,
teraz wszystko w rękach Jacka Frosta!

W czerwonym barszczu pływa
ucho van Gogha. Ogród rozkoszy ziemskich
na wigilijnym stole. A za oknem
pejzaż zimowy z łyżwiarzami i pułapką
na ptaki. Robię karpia,
wypycham sianem.

Opłatek jest lekki i kruchy
jak wylinka.

 

 

Bylina

 

zima
okociła szczeniakami
i obrosła pióra

na wyraju włosożarów
młócących niebo

w żywioł ziemi?
w żywioł wody?
w wichr wykluty z ognia
jak żar ptak
raróg
kieszonkowy demon?

łachmaniarski
axis mundi
trzylicowo rozpleniony
wielki żmij

gdy rozwieli się w nim embrion
odszczeka tę szarość
poza czerń i biel

 

  

Kot Schrödingera

 

Kumulacyjna redukcja potrzeb.
Łyk gorzkiej herbaty przepływa
przeze mnie, jakby był strumieniem
ambrozji, esencją smaku.

Epikurejczyk pustą gębą.
Cynik wciśnięty w beczkę
prochu, jaką staje się ciało.

Czuję, że porusza się we mnie miejsce,
którego nie chciałbym dotrzeć, rozognić.

Dzielę w sobie odległości,
w nieskończoność mnożąc dystans,
odkładam moment pomiaru,
iniekcji złotego strzału.

Szybkonogi żółw opancerza Achillesa.
Pancerny Achilles eskaluje żółwia.

Zajmuję superpozycję.
To łaszę się, to pokładam.

 

 

 

Powrót