Konrad Wojtyła

ur. 1979 – poeta, dziennikarz, krytyk literacki. Wiceprezes Fundacji im. Sławomira Mrożka. Publicysta Radia Szczecin. Wydał pięć tomów poetyckich; ostatnio Czarny wodewil (WBPiCAK, Poznań 2013) oraz książkę Rewersy. Rozmowy literackie (Instytut Mikołowski, Mikołów 2014). Przełożył z jidisz na polski wiersze Eliasza Rajzmana, które ukazały się w tomie Mech płonący (Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów, Szczecin 2015). W latach 2005-2009 z-ca redaktora naczelnego kwartalnika literacko-filozoficznego [fo:pa]. W latach 2012-2014 redaktor naczelny kwartalnika „eleWator”. Publikował m.in. w "Odrze", "Twórczości", "Portrecie", "FA-arcie", "Kresach", "Śląsku", "Arkadii", "Pograniczach", "Przeglądzie Polskim" (USA), "Dodatku LITERAckim NL Gdynia", "Migotaniach przejaśnieniach", "Dyskursie", "PAPERmincie", "W kręgu literatury", "Undergruncie", "Pro Libris", "Lubuskim Nadodrzu", "Poezji Dzisiaj", "Radarze", czy "Gazecie Wyborczej". Tłumaczony na języki angielski, niemiecki, ukraiński i czeski.

 

 

[czary]

 

Znów go nie ma. Czar opętań wabiący w bezdeń.
Zacząć od nicości, więc początek w beznoc wabiący.

Dylemat wypić szampana czy włożyć kominiarkę
zwiastuje dialektykę grzechu. Ręce sprytne jak ból,

zawsze znajdują cel. Oczy oczywiste, usta
ustawicznie otwarte na zamknięcie. Rana rani,

broda brodzi, krew w brew, brew wbrew. Powłóczyste
spódnice prowokują powłóczyste spojrzenia. Martwe

ryby z nieprawego morza. Wszystko w sam las.
A przecież wedle wiary waszej niechaj wam się stanie.

Choćby przed oczami. Niechaj stanie się cztery i cztery.
W uszach, zgięciach kolan. Zakolach i łuskach.

 

[mary]

 

Tych zdań do życia nie uważa się za wystarczające.
Mary wezbrań. Czary ugniatają mózg. Cyfry, kołowroty

atomów. Spławik mierzy nam skoki ciśnienia i uwiądy.
Idziemy nienagannie pod wodę, w wodorosty. Pod i pod.

Gdzie rybki bez główek i ości. Gdzie brak światła
i strefa abisalna. Pustkowia tam i zawikłania. Wędrówki

 
w pionowym kierunku. Żywy obraz z morzem martwym.
Coraz większe koła na tafli asfaltowego jeziora. No ssij!

Jedwabny szlak wspomnień. Pusty haczyk. Pęknięta żyłka
w oku. Coś oblizuje wargi na koniec i nie mów, że bóg.

 

[na wodzy]

 

Koledzy z Bliskiego Wschodu
Całun z Lublina wciągają do morza
– przez nozdrza. Chyba zupełnie zapomnieli,
że Beatlesi byli popularniejsi od Chrystusa.
Na nic zda się ta kolejna stacja. Rano rana.
Całkiem nie do niczego. Ręka w bok. Skok.
Wyskok. Jakoś musimy to przetrwać.
Istnieje przecież tyle sposobów
na marnowanie czasu i gwoździ.
Holenderskie fetysze, nudne pomysły
na niszczenie wątroby. Porywa nas spokój
na wydmach. Roztwór – proszę bardzo
przelać do szklanki. Być dla nikogo i wszystkich.
Matka Boska Śnieżna. Szuwary i ćmy.
W bagażniku roi się od nadmiaru piasku, liter
i spermy. Jesteśmy we wszystkim. Mikrowłoski
jeżą się na mokrych od zimna udach. Krzyż.
Ktoś zalanego w trupa nosi wzdłuż żywej plaży.
Nudyści nudzą się i tarmoszą po sutkach.
Trzciny zielone jeszcze trzymują niebo
na wodzy manichejskich psalmów.

 

[winne i nie]

 

Tu nie ma miejsca na małe rączki,
na małe nóżki i duży krzyk. Do szczęścia
brakuje nam już tylko braku. Nie dasz się
spalić. Jeśli są zarzuty to nieusprawiedliwione.
Akt urodzenia wybacza błąd obecności. Twarz
otoczona liśćmi na zamkowym zegarze
w otwartej paszczy skrywa aktualną datę.
Biodrówki i miniówki. Spódnice do kostki i błahostki.
Hipsterzy i gangsterzy. W torebce majdan, szminki,
przecinki i krew. Tu kobiety muszą wyjść
za mąż, zanim zaczną żyć. Póki co, rosną ich akcje
na giełdzie papierów bezwartościowych.
Wesela winne i niewinne. W nosie kręci się
ziemia. Pioruny kuliste; ciągnij, ciągnij!
On jest tym co nie nadejdzie, co nie nadchodzi już.
Spójrz na to inaczej. Cisza przerywana uderzeniem
w gongi. Kaprysy, grymasy, dąsy. Ogień.
Kiedy już się przeżegnasz – wracamy pod kościół.

 

[poza kontrolą]

 

Nie myśl, że możesz się tak po prostu śnić.
Jak gdyby nigdy nic, jak gdyby nic.
Nie ma w tobie niczego z martwych psów
Odkopać je, ach tak, oko przegania łzę.

Nie masz w sobie nikogo. Żadnej radości już
ze mnie. A one biegną w poprzek twoich ud.
Kleks krwi, traszki, opleciony wokół ucha jęk.
Sierść, ogon, obróżki i pejcz. Bierz go, no bierz.

Nie mam w tobie niczego z moich psów.
Trudno martwe posądzić o żywy gest. Litości
we mnie już z ciebie żadnej. A one biegną w sen,
zapadnie pamięci, rozmach amnezji, tuż przed.

Jak gdyby nigdy nic, jak gdyby nigdy noc.

 

 

 

 

Powrót