O przenosinach poety

  • 19 Październik 2016

Jak wydawać poezję tłumaczoną? Wkraczamy tutaj wprawdzie na „ziemię bez imienia” – skoro nie ma w tej dziedzinie skodyfikowanych procedur – można jednak pokusić się o wyodrębnienie dwóch generalnych zasad. Poezję tłumaczoną możemy wydawać jak poezję rodzimą; poezję tłumaczoną możemy wydawać jako przekład. Brzmi to na pozór paradoksalnie (pierwsza część zadania) i tautologicznie (- druga), ale nie są to wyłącznie figury umysłu.

Przekład poetycki podajemy niczym twórczość własną wtedy, gdy w wydaniu rezygnuje się z języka oryginału i udostępnia wyłącznie wersję polskojęzyczną. Taka praktyka edytorska jest u nas powszechna, głównie z powodu ekonomii kosztów druku, ale także i dlatego, by uniknąć warunków do krytyki przekładu. Czytelnik obcuje z gotowym wierszem po polsku, choć wie, że ma do czynienia z literackim transferem. Rodzi to wrażenie, jakby poeta obcy stał się raptem poetą polskim, tylko o obcych korzeniach, znaturalizowanym przez instytucję polszczyzny. Takie wydanie przekładu jest edytorskim wyznacznikiem domestykacji – strategii przekładowej, która polega na zacieraniu obcości źródła i dostosowaniu oryginału do wiedzy odbiorcy. Przekład poetycki podajemy natomiast jako przekład właśnie wtedy, gdy obok tekstu polskiego znajduje się miejsce – równorzędne czy choćby sygnalizowane przedrukiem niektórych wierszy – dla poezji oryginalnej. Jest tekst w języku B (przyjmującym) i tekst w języku A (źródłowym), a czytelnik może dokonać porównania obu wypowiedzi dzięki własnej kompetencji lingwistycznej i artystycznej. Tę drugą praktykę edytorską należy uznać za przejaw przeciwstawnej strategii przekładowej – jest nią egzotyzacja, czyli ukierunkowanie tłumaczenia na swoistość i odrębność źródła, wykraczające poza założoną wiedzę odbiorcy. Za przekładem nie istnieje świat, lecz tekst pierwotny, który dopiero do niego odsyła. W kulisach wiersza przełożonego znajduje się wiersz obcy – i tylko edycja tłumaczeniowa w całości bądź części dwujęzyczna jest w stanie tę sobowtórową ontologię przekładu pokazać.  

Takie myśli chodziły mi po głowie, kiedy nabyłem książkę tegorocznych laureatów Nagrody Szymborskiej w dziedzinie przekładu – Katariny Šalamun-Biedrzyckiej i Miłosza Biedrzyckiego, którzy otrzymali ją za Niespieszną żeglugę Uroša Zupana (Instytut Mikołowski, Mikołów 2015). Bo w końcu udało mi się dostać nagrodzony tomik, choć wymagało to wyprawy do Krakowa i pomocy znającego na wyrywki dział poezji w księgarni przy Rynku Patryka Czarkowskiego (również laureata, ale Nagrody im. Anny Świrszczyńskiej za książkowy debiut poetycki 2015 r.).

Książka tego duetu translatorskiego zawiera 33 wiersze słoweńskiego poety (w tym dwa poematy) udostępnione wyłącznie w języku polskim. Od samego początku czytamy ją więc jako swoistą symulację poezji rodzimej, która ma zastąpić tożsamość oryginału. Maksymalizację udomowienia przekładu osiągnęli tłumacze również za sprawą takiego wyboru wierszy, które krajowemu czytelnikowi kojarzyłyby się ze swojskim kontekstem poetyckim. Mamy więc wiersze Zupana inspirowane poezją Czesława Miłosza, a jeden z nich w epigrafie („Czarodziejska dolina” -  według Czesława Miłosza) ujawnia ponowocześnie imitacyjny charakter utworu Słoweńca; w dykcji lirycznej autora Niespiesznej żeglugi pobrzmiewają też echa intonacji i muzyczności frazy Adama Zagajewskiego, ale śladu tego patronatu należy szukać w pierwszej książce polskojęzycznej Zupana, także autorstwa Katariny Šalamun-Biedrzyckiej[1].

Również świat przedstawiony wierszy nie jest wyrazistym nośnikiem źródłowej inności. Tylko kilka z nich dotyczy słoweńskich – czy szerzej - południowosłowiańskich loci, które wybrzmiewają w oryginalnej pisowni toponimów i nazwisk. W utworze Dubrovnik kiedyś w zeszłym wieku – no właśnie, Dubrovnik, a nie Dubrownik! – zamiast świętego Błażeja pojawia się święty Vlaho, brama Pile, Lokrum, a „na oddalonej gwieździe Gundulić”, czyli - dla niewtajemniczonych - Ivan Gundulić, właść. Giovanni Francesco Gondola (1589-1638), chorwacki, a niegdyś „jugosłowiański”, poeta barokowy. Ale to punktowe ujawnianie specyfiki oryginału wydaje mi się wyjątkiem potwierdzającym rekonstruowaną strategię translatorską. Podobnie mógłby opisać swój pobyt w Dalmacji współczesny poeta polski, na przykład wspomniany już Zagajewski, chcąc osiągnąć, nieco przesadnie, efekt kolorytu lokalnego. Poza tymi sygnałami różnicy wiersze Zupana opisują świat wyglądów i wartości uniwersalnych, w którym Adriatyk staje się morzem, miasta Słowenii – po prostu miastami, a dziecko i żona autora – dzieckiem i żoną każdego poety. Nawet wiersze o podróży do Ameryki stają się bardziej „amerykańskie” niż „słoweńskie”, a to za sprawą obecnych w nich wzorów nowojorskiej szkoły poezji. Ich lektura nad Wisłą nakłada się ponadto na funkcjonujące w polszczyźnie tłumaczenia Kennetha Kocha i Jamesa Schuylera, wpasowuje się również w krajową tradycję „wiersza amerykańskiego”, np. w ujęciu Julii Hartwig.

Łatwość asymilacji zdaje się być wpisana w twórczość słoweńskiego poety. To wiersze człowieka Południa, rozmiłowanego w jasności i morskiej bryzie, z melancholią kontemplującego nadchodzące przesilenie (lejtmotyw sierpnia), dla którego pejzaż jest partyturą stanów psychicznych. Treści własnego życia nie służą przedstawieniu autobiograficznego idiomu, raczej konstruują uniwersalną opowieść o dojrzewaniu podmiotu od młodzieńczego wędrowca po domatora, który przybija do portu rodzicielstwa i spełnionej miłości. Wyjątkowa impresyjność poety sprawia, że utrwala on z rzeczywistości to, co najbardziej ulotne i nieciągłe. Jakby zjawy i echa świata zewnętrznego, niczym w wierszu Wędrówka z przedszkola, gdzie mowa o: „trzepocie skrzydeł”, „brzęczących słupach wysokiego napięcia”, „kurzu na liściach”, „pyłku kwiatowym na skórze”, „osadzie z marzeń sennych”, „łagodnym wietrze” i „krokach [które] kruszą się w błękicie”. Wybiera świat wspomnień, wrażeń i nastrojów, które składają się na – zacytujmy jeszcze raz autora - „nieważkie terytorium” doświadczenia.

To piękna poezja, o kunsztownym obrazowaniu, łącząca impresjonistyczny liryzm z kulturą cytatu, otwarta umiarkowanie na eksperyment i postmodernistyczną lekcję pastiszu. Może ona przypaść do gustu szczególnie tym krajowym czytelnikom, którzy szukają w najnowszej poezji przekroczenia hermetyzmu i „językowej dziczki”. Bywa jednak grandilokwentna i skłania do ziewnięć, zwłaszcza wtedy, gdy poeta tworzy kolejne katalogi impresji w monotonnym toku składniowym (na jednej stronie zdarza mu się gromadzić z zapałem kilkadziesiąt równoważników i zdań współrzędnych).

Druga polskojęzyczna książka Zupana zawiera także odautorski hołd złożony pracy translatora. W wierszu Hołd miłosny dla tłumacza ukazuje on przekładowcę jako intymnego towarzysza oryginalnej twórczości, kogoś w rodzaju osobistego geniusza, postnego kochanka i czułego chirurga w jednej osobie, który „wymienia wymyślone powietrze na wymyślone powietrze, przepompowuje je z języka do języka”, a części autorskiego ciała „zabiera i nadaje im nowe imiona, nie łamiąc tego, co czeka za ich imionami.” Tłumacz wzorem romantyka pielgrzymuje do ogrodu poety – „Kto poetę chce zrozumieć, musi pójść w kraj poety” (Goethe) – aby odtworzyć tenże ogród we własnej przestrzeni językowej. Sęk w tym, że polscy autorzy i wydawca omawianej książki unikają znaków przenosin językowych, migracji z jednego do drugiego języka, dając nam w zamian poezję Zupana zamieszkałą w gospodarstwie krajowej poezji, niemal sąsiadkę Miłoszów i Zagajewskich, która wybrała sobie Polskę na nową ojczyznę, a Lublanę zamieniła na Kraków. To świetna poezja po polsku, ale po lekturze 65 stron mogę się tylko domyślać, jaka to była translacja.

 

 Uroš Zupan

 

LIST MIŁOSNY DO TŁUMACZA

                                                Dla F. H.

 

Lepiej sądzę o sobie
i jestem większy, kiedy jestem z tobą, który
przenosisz mnie przez ciemność i wzburzone wody
do języka, w którym śnisz i który ledwo rozumiem.
Przenosisz drzewo po drzewie
i zawirowanie po zawirowaniu
na tafli wody, przenosisz wspomnienia
i kurz zalegający na przedmiotach i między domami,
całe moje wielkodusznie rozdane życie, które nie jest już moje
a ty je rozumiesz i widzisz jaśniej ode mnie.
Wymieniasz wymyślone powietrze na wymyślone powietrze,
przepompowujesz je z języka do języka, aż rozlewa się na
papierze jak kolor benzyny na powierzchni małej kałuży,
która odbija niebo i wszystko, co nim jest.
Na zewnątrz jest wielki ogród, który ci pokazałem,
byś go odnowił według pierwotnego planu.
Teraz lepiej słyszysz, jak oddycham daleko od ciebie i lepiej
czujesz, jak przesuwam się i obracam, i już nie
denerwujesz się we śnie wobec zagadek nie do rozwiązania.
Ufam ci i spokojnie powierzam części swojego
ciała, a ty je zabierasz i nadajesz im nowe imiona,
nie łamiąc tego, co czeka za ich imionami.
Rodzinne zagrody i stare mury rozpadają się.
Światowa sława czeka za rogiem.
Nieskromna długowieczność puka do drzwi.
Wszystkie dziedziczne choroby poetów są wciąż między
nami i w powietrzu,
tylko pamięć nieuważnych pozostaje krótka,
kiedy wymyka im się twoje zbyt skromne,
naładowane miłością i zagubione w stopce wielkie imię.            

                                     

przeł. Katarina Šalamun-Biedrzycka i Miłosz Biedrzycki          

        

           

 



[1] U. Zupan, Przygotowania do nadejścia kwietnia, przeł. Katarina Šalamun-Biedrzycka, Biblioteka „Studium”, Kraków 2001.

Dariusz Dziurzyński

Powrót