Wznieśmy pomnik dla niedopieszczonych wierszy

  • 27 Luty 2017

Polska powinna być krajem doceniającym cierpienia oraz brak skuteczności w działaniu. Wszak od zawsze wiadomo, że nic nam do końca nie wychodzi. Nawet z wierszami… różnie bywa.

Doskonale wyłapał tę specyficzną przypadłość narodową Konstanty Ildefons w kolejnych „Zielonych Gęsiach”. Ale że cechował go godny pochwały samokrytycyzm (wylany z pierwszego roku anglistyki już nigdy nie wrócił na uczelnię), dał osobiste piękne świadectwo, jak znaleźć dobry chwyt, by przekuć niepowodzenie w sukces. 

Mianowicie w 1947 roku zaproponował zbudowanie pomnika nieznanemu studentowi. Chciał nim symbolicznie uhonorować osobnika pobierającego – jak on - bez sukcesów wiedzę wyższą. 

Konkretnie zaś inskrypcja na cokole szłaby wedle jego propozycji tak:
TEN POMNIK NARÓD WZNIÓSŁ DLA SWOICH DZIECI DROGICH STUDENTÓW, KTÓRZY Z RÓŻNYCH WZGLĘDÓW NIE UKOŃCZYLI STUDIÓW. I

To jeden z wielu kpiarskich utworów Wielkiego Maga, jakie poświęcił nadwiślańskiej pomnikomanii. Od monumentu i Gałczyńskiego zatem my również wyjdziemy (przy okazji wzgardliwie ignorując dzisiejszą nadobecność określenia-peryfrazy używanego z upodobaniem w mowie publicznej: „upamiętnienie”).

Bo co porządny pomnik, to jednak porządny pomnik. 

Czasy się zmieniają, wartość studenckiego wykształcenia jakby spsiała, ale przecież nadal potrzebujemy wzniosłości.

Porzućmy wszelako studentów, skoro ich trud znaczy mniej niż kiedyś. Proponuję cokołami uhonorować inną wzniosłość, a konkretnie mowę poetycką. Ustawmy ją na cokołach. Niech strzeliste monumenty będą dostępne dla poetess oraz poetów, których wokół wciąż wala się tylu, że jakby grochem przed gołębie sypać. Gdzie nie spojrzeć, tam bębnią blaszane wiersze.

Tylko kto godzien jest szczególnego uhonorowania, skoro wrażliwością na słowo nie zostaliśmy obdarowani po równo? Sam się o tym dotkliwie przekonałem w młodości.

A działo się tak.

„Był maj, był maj. I kwitły bzy”. Umówiłem się na randkę z nieco starszą, czyli w moim przekonaniu doświadczoną, niedawno poznaną koleżanką. Zaciągnąłem swoją ofiarę do Ogrodu Ujazdowskiego w Warszawie, na miasto spadł już zmierzch, ławki wrzynały się w nasze młode pupy, lecz przecież lilaki pachniały jak cholera, powinno wystarczyć.

Przepraszam, zachowajmy stosowną kolejność i właściwe maniery. Najpierw obowiązuje gra wstępna. Jako chłopiec wielce romantyczny, postanowiłem z początku randez-vous połaskotać subtelną kobiecą psyche wierszami. Rozniecanie zapałów erotycznych mojej in spe partnerki przy pomocy płodów własnego pióra z góry odrzuciłem, powodowany całkiem dorzeczną skromnością. Lecz zachwycił mnie akurat wtedy odkryty „Bal u Salomona”, szkic nigdy nieukończonego poematu, jaki powstał w Berlinie; Gałczyński w ciągu kilkunastu godzin, w przypływie twórczej maligny zapisał tam dziwną fantasmagorię, senne marzenie. Stworzył niezwykły taniec obrazów o wielkiej sile rażenia. Przepiękny i niedokończony! Jak to w Polsce. Przepięknej. I niedokończonej.

Tak uważałem wówczas i tak uważam nadal. Lecz czy wszyscy podzielają nieprzemijający zachwyt?

Wtedy, w cieniu majowego zmierzchu i w Parku Ujazdowskim, postanowiłem się podzielić urodą dzieła, tudzież rozniecić damskie chucie, korzystając z uwodzicielskiej mocy Słowa.

O, pobożna naiwności! Zanurzyłem się po uszy w tekst, starałem się, hamując skowyt we wzruszonym gardle, gładzić niskim tenorem melodyjną frazę. Dama słuchała, nadstawiając ucha, dłonie złożyła skromnie na podołku. Po mniej więcej czterdziestu pięciu minutach przeprosiła (dziś się nie dziwię!), że musi za potrzebą i udała się w krzaki. Po kolejnych trzech kwadransach pojąłem, że zostaliśmy na parkowej ławeczce sami. We trzech wystrychniętych na dudka sentymentalnych facetów: ja, Gałczyński plus Salomon. Nasza tak długo wyczekiwana niewiasta pożeglowała w stronę nieco silniejszych podniet.

Czyli znów: było przepięknie, ale bez dokończenia.

Od tamtego maja zrozumiałem: poezja nie jest dostępna dla wszystkich (zwłaszcza w nadmiarze!), a proza życia nie zawsze się rymuje z wierszem.

Ale pomnik? Zbudujmy wreszcie wierszowi pomnik! Lub wyczarujmy zalążek pomnika. Zacznijmy chociaż!

Postawmy postument.

Wybierzemy w tym celu ledwo tknięte dłutem, ułomne dzieło rzeźbiarza. Tak, wystarczy sam poetycki cokół, pięknie odrobiony w spiżu. Na nim można by, co jakiś czas zmieniając, powiedzmy raz w tygodniu, umieszczać kolejnego Twórcę oraz publicznie cytować jego Dzieło. Powstałby On. Pomnik Niedopieszczonego Wiersza. Zdaniem poetów ich wiersze zawsze są zbyt słabo dopieszczone.

A jakby Podmiot Liryczny wraz z Autorem czy Autorką nie chcieli po tygodniu zleźć?

To kulawym jambem w nich!

Co się tyczy praktycznych aspektów obalania jednotygodniowych idoli, zapewniam: chętnych do miotania czym popadnie w pomnikowo upozowanych uzurpatorów nigdy nie zabraknie. Nawet gdyby wstępne komentarze publiczności literackiej brzmiały przychylnie, bez obaw, ludzie dnia dzisiejszego, obalą bożka jutro! Nawet w mróz, nawet pluchę. Nawet wtedy. Obalą!

Dlatego, by uniknąć gorszących scen i tłoku, na cokole monumentu proponuję taką inskrypcję:
TEN POMNIK NARÓD WZNIÓSŁ DLA SWOICH DZIECI DROGICH POETÓW, KTÓRZY Z RÓŻNYCH WZGLĘDÓW NIE DOSTĄPILI SŁAWY.

Nie dostąpili sławy? Kiedy to polscy poeci przeczytają, dopiero teraz ten lub owa się zawaha, czy włazić na tak wrednie demaskatorski postument. Na Pomnik Niedokończenia.

A co do Ogrodu Ujazdowskiego. Bzy w nim znów zakwitną jak co roku. Tylko kto jeszcze z młodych ludzi odważy się recytować następnej dzierlatce „Bal u Salomona”?!

I bardzo pięknie nie dokończyć…

Tadeusz Lewandowski

Powrót