O poezji, która ratuje i oswaja śmierć

spotkanie z Tadeuszem Zawadowskim

  • 2 Grudzień 2018

Tadeusza Zawadowskiego poznałam kilka lat temu przy okazji rozstrzygnięcia Konkursu Poetyckiego im. Juliana Tuwima w Inowłodzu, którego był laureatem nagrody pierwszej. Lubię o tym wspominać nie tylko ze względu na urok tamtego miejsca, które Tuwim wybrał na swoje letnisko i o którym wspomniał w „Kwiatach polskich”, ale głównie dlatego, że Tadeusz zauroczył mnie wtedy swoją intonacją wierszy. Jak wie pewnie większość czytających te słowa, głoszenie wierszy jest bardzo trudną sztuką. Prof. Stanisław Górka (uczący studentów Akademii Teatralnej w Warszawie emisji głosu) powiedział mi kiedyś, że nawet zawodowi aktorzy mają problem z czytaniem wierszy. Osobiście poznałam tylko kilku - poza Tadeuszem - poetów, którzy po mistrzowsku głoszą swoje wiersze (m.in. Wojtek H. Borkowski). Ale piękna interpretacja wierszy to tylko jedna z zalet Tadeusza Zawadowskiego. Uważam go za nie tylko bardzo dobrego poetę, który traktuje twórczość poetycką poważnie (co staje się rzadkością), ale i za bardzo dobrego, empatycznego człowieka. Czasem słyszę, czytam, że bycie dobrym nie sprzyja dobrej twórczości. Ja jednak z tym się nie zgadzam. To znaczy nie zgadzam się z kategorycznością tego stwierdzenia. A w przypadku twórczości Tadeusza wręcz uważam przeciwnie, że jego dobra strona człowieczeństwa podnosi wartość jego wierszy. Czasami mamy problem z patrzeniem na twórczość kogoś, kto splamił swój życiorys jakimiś niecnymi występkami, tylko przez pryzmat wartości tej twórczości odkładając na bok ocenę moralną jej twórcy. Tych, którzy jeszcze nie poznali poezji Tadeusza i jego samego, zapewniam, że nie będą mieli tego rodzaju problemu. Właśnie od przedstawienia życiorysu Tadeusza zaczęło się jego autorskie spotkanie w Klubie Teatru Stygmator w Krakowie w ostatni dzień listopada. Spotkanie poprowadziła  Violetta Zygmunt. 

Po przerwie związanej z wakacjami i remontem sali Klub rozpoczął kolejny sezon spotkań poetycko-muzycznych zatytułowanych „Poezja na Kazimierzu”.  Był to mój dopiero drugi udział w tych spotkaniach, a już zostałam oczarowana klimatem tego miejsca. Czarne kotary wiszące nad sceną, panujący półmrok rozświetlany świecami rozstawionymi w całej sali nadawały jej klimat przyjazny refleksji. I chociaż po spotkaniu zażartowałam, że zostało ono zdominowane przez czarny humor, to jednak w rzeczywistości refleksyjny ton był zdecydowanie wyraźniejszy.

Tadeusz jest laureatem ok. 250 nagród w konkursach literackich i jak wspomniał, przez jakiś czas był, obok Jerzego Fryckowskiego, najczęściej nagradzanym poetą w kraju. Jest autorem ponad tysiąca publikacji w ogólnopolskiej i zagranicznej prasie literackiej. Wydał kilkanaście tomów poezji. Współtworzył Klub Literacki „TOPOLA” oraz Klub Twórczej Pracy „BEZ AUREOLI” w Zduńskiej Woli, gdzie nadal mieszka. Ale na mnie o wiele większe wrażenie od tych nagród i odznaczeń zrobiło wyznanie Tadeusza: „Poezja mnie uratowała”. Dopiero co uczestniczyłam w innym spotkaniu z poetami, na którym Anna Mazela stwierdziła kategorycznym tonem: „Poezja nas nie uratuje”.  A teraz miałam przed sobą żywe zaprzeczenie tamtych słów (dodam na marginesie, że nie pierwsze i wierzę, że nie ostatnie). Tadeusz podzielił się swoją historią przeżycia wypadku kolejowego i konieczności rezygnacji z poprzedniej pracy.. To graniczne doświadczenie – przeżycia śmierci klinicznej – dało mu nowe życie. Paradoksalnie, mimo poważnego uszczerbku na zdrowiu i wiszącej groźby śmierci, wyzwoliło go. Między innymi ze strachu przed śmiercią. I to właśnie zagadnieniu śmierci poświęcił wiele swoich wierszy. Podczas spotkania przeczytał wiersze poświęcone zmarłym Rodzicom, m.in. „Modlitwę o Ojca” (z t. „Kiedyś”, Biblioteka „Tematu” nr 71, Bydgoszcz 2014)  -

Dzisiaj w kościele modliłem się

o śmierć ojca Aby przyszła

w nocy i uwolniła go

od dziesiątek rurek i kabli

którymi próbowano przywiązać go

do życia By zdjęła mu z twarzy ciężar

umierania którego tak bardzo się bał

i zaprowadziła wolnego

przed oblicze Pana

 

Przyszła po godzinie Położyła mu

palce na oczach żeby nie widział

łez najbliższych Wzięła pod rękę

i przeprowadziła przez niebiański

most

 

Jakimże głazem jest

modlić się o śmierć  kochanej osoby

 

Jak trudno zmieścić go w sercu

 

żeby nie pękło…

 

I w tym miejscu dodam, że mimo półmroku i kilkumetrowej odległości wydało mi się, że poeta miał łzy w oczach odpowiadając na pytanie dotyczące tego wiersza. Ale taki jest właśnie Tadeusz. Nie potrafi, czy nie chce udawać zdystansowanego do wszystkiego, również do swoich wierszy, poety. Ale myliłby się ten, kto posądzałby go o cierpiętnictwo i pesymizm. Przeciwnie, uważam go za poetę przekazującego - mimo trudnych tematów – wiele światła i spokoju. Ta afirmacja życia takim, jakim ono jest w całej jego złożonej i trudnej strukturze, jest jedną z naczelnych cech tej poezji, szczególnie z ostatnich lat. Jednym z wierszy to odzwierciedlającym jest wiersz „Drzwi” (z t. „Kiedyś”), który na prośbę Pani Violetty poeta również przeczytał –

 

Drzwi przypominają nieprzeczytaną jeszcze książkę

Otwierasz je i wszystko nowe

Nieznani ludzie siedzą w fotelach

Wpatrują się uważnie w ciebie

Oczekując reakcji

Zaczynają rozmawiać

O tych których nie zdążyłeś poznać

O sprawach o których nie masz pojęcia

Ale które zaczynają

Wciągać cię coraz bardziej

Podziwiasz stare meble w pokoju

I krajobraz za oknem

Nawet nie zauważasz kiedy

Drzwi zamakają się za tobą

Rozsiadasz się w fotelu

 I włączasz do dyskusji

Już nie jesteś obcy

Jesteś jednym z nich

 

Drzwi przypominają książkę

Która nie ma zakończenia

(…)

Podczas spotkania Tadeusz chyba więcej opowiadał o swoim podejściu do życia i człowieka w ogóle niż o sprawach sensu stricte poetyckich, warsztatowych. Być może dlatego, że swojej poezji nie buduje na kreacji, wyobraźni, abstrakcji, ale na osobistym doświadczeniu i autentyzmie. Dzieląc się sobą, swoim światopoglądem, doświadczeniami, jednocześnie pozwala lepiej zrozumieć innym swoją poezję. I co podkreśliła Pani Violetta, traktuje ją bardzo poważnie. Wspomniałam już we wstępie, że to dzisiaj rzadkość. I nie chodzi mi tylko o ogół ludzi, ale o samych poetów czy próbujących pisać wiersze. Bardzo często spotykam się z sarkazmem, że to zajęcie kompletnie niepragmatyczne, nieopłacalne, by nie powiedzieć na granicy śmieszności. Tadeusz – mimo że nie zdobył wykształcenia filologicznego – posiada to, co w moim przekonaniu powinien posiadać każdy twórca poezji – szacunek do niej. I w tym sensie należy chyba jednak do gasnącego pokolenia moich Rodziców, którzy jednak szanowali poezję. I mimo zupełnie niefilologicznego wykształcenia kupowali tomiki poezji, a Tato czytał nam „Redutę Ordona” i puszczał piosenki Kaczmarskiego. 

Mogłabym napisać jeszcze o wielu odczuciach, jakie wywołało we mnie tamto spotkanie. Jednak wolę, żeby Państwo zapamiętali to najważniejsze według mnie zdanie, które powiedział Tadeusz: „Poezja mnie uratowała”. Pomogła mu pozbierać się psychicznie, znaleźć sensy w innych niż dotychczas sprawach, zbliżyć się do ludzi. Prawda, że to mało pragmatyczne?

A na koniec przytoczę wiersz, który chyba dla Tadeusza waży więcej niż inne, pochodzący z tomu „Listy z domu wariatów” (1995), po którym zaczął otrzymywać wiele listów od czytelników z podziękowaniami i osobistymi wyznaniami, jak jego wiersze im pomogły.

***

w moim pokoju powieszono Chrystusa
współlokator mówi
że pamięta jak przybijano Go do krzyża
przed setkami może tysiącami lat
- zawodzi go pamięć –
ludzie podchodzili z konwiami
czerpać krew – na relikwie –
- wtedy powstało morze czerwone

 

powieszono Chrystusa do góry nogami

- być może ja chodzę po suficie –

i kazano mi się modlić

- współlokator jest ateistą

mówi że nie wierzy w siebie od dawna -
nie wiem o co można się modlić
a nikt mi nie chce tego powiedzieć
wszyscy odwracają się ode mnie
tylko ja nie mam się od kogo odwrócić

w nocy miauczał kot
a może strażnik nucił piosenkę
nie znam słów
boję się że zostanę niemową
ale to wygodnie
bo można wiele przemilczeć

spieszę się bo niedługo
Chrystus zejdzie z krzyża
i będę musiał Go zastąpić ...

 

 

 

 

TADEUSZ ZAWADOWSKI -

poeta, redaktor, krytyk literacki; urodził się 9. 12. 1956 r. w Łodzi, gdzie ukończył studia ekonomiczne na Uniwersytecie Łódzkim. Od 1981 roku mieszka w Zduńskiej Woli, gdzie współtworzył Klub Literacki „TOPOLA” oraz interdyscyplinarny Klub Twórczej Pracy „BEZ AUREOLI”. Jest również członkiem Związku Literatów Polskich. Laureat ponad 200 międzynarodowych i ogólnopolskich konkursów literackich.

Książki poetyckie: Fotoplastikon (1987), Witraże ( 1991), Demony (1992), Przedrośla ( 1994), Listy z domu wariatów ( 1995), O Elizabeth, Berenice i jeszcze innych kobietach (1997), Krajobraz z kroplą w tle (1997), Lustra strachu ( 2000), Ścieżka obok raju (2005), Między horyzontami (2006), Powrót do domu wariatów (2007), Listy i cienie (2011), Kiedyś (2014) – Nagroda Literacka im. Ryszarda Milczewskiego-Bruno, Mrówka (2017).

 

Agnieszka Sroczyńska

Powrót