Spotkania z poezją i muzyką Leszka Lisieckiego

z poetą rozmawia Agnieszka Sroczyńska

  • 29 Lipiec 2018

Agnieszka Sroczyńska: Jak to się stało, że były policjant, obecnie pracownik ochrony zaczął pisać wiersze? 

Leszek Lisiecki: Myślę, że akurat zawód, praca nie ma większego związku z samą ideą pisania. Pierwsze wiersze zacząłem tworzyć na początku lat 80-tych. Chociaż już podczas pobytu w wojsku zapisywałem swoje refleksje w tej formie. Ale to było takie pisanie do szuflady. Czasami pokazywałem wiersze najbliższym i osobom, którym je dedykowałem. Przełomem było pojawienie się internetu i zainteresowanie portalami literackimi, m.in. Trumlem. Tam zacząłem umieszczać wiersze, fotografie i poznawać coraz ciekawszych ludzi. Jedną z pierwszych osób, które bardziej zainteresowały się moimi tekstami, była Monika Lach z Przemyśla. Zaprosiła mnie do swojej grupy literackiej. Prowadziliśmy wspólnie blog „Artpoesis”. Później poznałem Gabrysię Cabaj – w moim i nie tylko moim odczuciu świetną poetkę i felietonistkę. Z nią zaczęły się pierwsze merytoryczne dyskusje o poezji – telefoniczne, bo nigdy się nie spotkaliśmy. Wspólnie zredagowaliśmy jej pierwszy tomik pt. „Przenikanie”, wydany w 2012 r.  Drugiego już nie zdążyliśmy. Gabrysia zmarła w grudniu 2016 r.  Nie chcę, żeby ta twórczość poszła w zapomnienie, dlatego w porozumieniu z rodziną Gabrysi opracowuję zbiór jej wierszy i felietonów. Wydamy go w dwóch odrębnych tomach. Uważam, że to… hm… uczciwe, żeby nie zapominać o tych, którzy byli wśród nas, a nie mogą już dzielić się swoim talentem.
Ale prawdziwym przełomem było poznanie w 2012 r. Joasi Rzodkiewicz , która była w tym czasie członkiem Zarządu Krakowskiego Oddziału  ZLP. Dzięki niej trafiłem do środowiska krakowskiego i na jakiś czas do Koła Młodych Literatów przy tym Oddziale.  Joasia jest świetnym warsztatowcem. Nie jestem w stanie wyliczyć, ile setek godzin przegadaliśmy analizując konkretne wiersze i na tematy związane z poezją. Przy jej pomocy zredagowałem i wydałem pierwszy tomik pt. „Wyniesiona ponad trawy” (2012), a następnie drugi pt. „Nikt nie budzi drzwi”(2014),  obydwa w Wydawnictwie SIGNO w Krakowie. 

Twoją wielką pasją jest fotografia. Pięknie łączysz ją z poezją. Twoje zdjęcia są wykorzystywane zarówno przez Ciebie jak i  innych poetów jako ilustracje w tomikach. Co więcej, stały się inspiracją dla powstania wielu wierszy innych osób. Opowiedz, jak to się zaczęło.

Fotografia to utrwalenie rzeczywistości, tego, co nas otacza. Tajemnica dobrej i ciekawej fotografii polega na umiejętności patrzenia, a dopiero później na wykorzystaniu techniki, aparatu. Nie mam określonej „specjalizacji”, dziedziny czy tematu, ale poruszam się w określonej estetyce zdjęć. Myślę, że w każdych warunkach w otoczeniu można znaleźć ciekawe motywy. Często pomaga intuicja i refleks, ale jeszcze więcej dzieje się już podczas oglądania i analizy gotowych zdjęć – na tym etapie najczęściej powstają foto-metafory.
Pierwsze  fotografie zacząłem umieszczać chyba właśnie na Trumlu. Zostałem mile zaskoczony, kiedy poeci z tego portalu zaczęli tworzyć wiersze - ekfrazy do tych fotografii na zasadzie swoich skojarzeń. To była wyłącznie ich inicjatywa. Natomiast ja przyjąłem zasadę łączenia tych dwóch form przekazu tworząc tzw. pocztówki poetyckie, tj. „naklejałem” na zdjęcie tekst wiersza z zaznaczaniem autora i umieszczałem w odrębnym dziale portalu. Tych pocztówek było bardzo dużo.  Od kilku lat swoje zdjęcia prezentuję na Facebooku. Joasia Rzodkiewicz nazwała je - „tchnieniogenne”.

Moje fotografie, czy też foto-grafiki, trafiły jako ilustracje do kilku zbiorów poezji wydanych w formie książkowej przez moich przyjaciół. Te wszystkie doświadczenia miały duży wpływ na zmianę mojego podejścia do fotografii. Zacząłem inaczej patrzeć na rzeczywistość, szukać symboliki, motywów, które mogłyby stać się metaforą. Od pewnego czasu prezentowanym zdjęciom nadaję  poetyckie tytuły, co spotkało się z dużym uznaniem ich odbiorców. Myślę, że to jest ciekawy, rozwojowy kierunek, który trwa nadal.

Ten rozwój widać również w Twoim pisaniu. O ile w pierwszym tomiku teksty są bardzo prosto skonstruowane, na zasadzie krótkich opisów motywów głównie zaczerpniętych z przyrody i przypominających poetyckie opisy do fotografii, o tyle już w drugim - wiersze zmieniły formę na bardziej reportażową i w moim odczuciu ciekawszą.

Pierwszy debiutancki tomik jest zbiorem wierszy wcześniejszych i taki był zamysł – przede wszystkim krótkie formy jak migawki z życia.  Natomiast praca, którą wykonałem z Joasią Rzodkiewicz przez następne 2 lata, zaowocowała tym, że drugi tomik był już bardziej dojrzały warsztatowo, tematycznie i merytorycznie – więcej jest w nim wierszy o tematyce ogólnospołecznej. Duży wpływ na ten rozwój na pewno miały również bezpośrednie rozmowy z ludźmi literatury, udział w różnych formach spotkań literackich, poznawanie i analiza twórczości innych, refleksje. Nauczyłem się mieć dystans do tego, w jaki sposób pisałem do tej pory. Nieoceniona jest rola warsztatów  poetyckich. W przygotowaniu jest trzeci tom, który postrzegam jako jeszcze bardziej dojrzały. W kilku wierszach odnoszę się do moich pasji pozapoetyckich, m.in. historii przedwojennej i wojennej Warszawy.

Twoje wiersze są bardzo czytelne. Poeci dzielą się na tych, którzy tę czytelność cenią i do niej dążą (Tadeusz Różewicz mówił żartobliwie, że „mętniactwo nie było nigdy moją <zaletą>”) i na tych, którzy przeciwnie uważają, że komunikacja nie jest najważniejszym zadaniem języka, a wiersz, czym bardziej skomplikowany, tym lepszy.  Wytłumacz się, dlaczego Ty postawiłeś na czytelność swoich tekstów?

Nie do końca zgadzam się z takimi podziałami. Nie ma określonej definicji poezji. Każdy autor pisze inaczej. Trudno ocenić, co jest dobrą czy złą poezją. Czy ta – jak to powiedziałaś – czytelna, czy też bardziej skomplikowana i trudna w odbiorze? Dla mnie bardzo istotny jest przekaz, ale zaraz potem forma. Nigdy nie przepadałem za wierszami strasznie głęboko ukrytymi, gdzie czasami tylko autor wie, co ma na myśli. Są ludzie bardzo wyrobieni poetycko, literacko, mają wiedzę, wykształcenie. Ale nie do końca chodzi o to, by pisać tylko dla nich. Nie każdy czytelnik przystępując do czytania poezji chce rozwiązywać szarady i tracić mnóstwo czasu na analizę, co autor chciał powiedzieć. Uważam, że poezja powinna być przyjemnością, powinna dać chwilę wytchnienia, możliwość  innego spojrzenia na jakiś aspekt rzeczywistości, problem, ale w sposób czytelny, chociaż to słowo w tym kontekście ma mnóstwo znaczeń. Poezja, prawdziwa poezja jest zawsze czytelna bez względu na wrażliwość odbiorcy. Nie chodzi o eksperymenty i nowe mody. Nigdy nie starałem się z kimkolwiek porównywać, rywalizować, ale zawsze cieszy mnie, kiedy docierają do mnie opinie, że to, co piszę, dało komuś chwilę refleksji lub uśmiech.

Jedną z rzeczy, która najbardziej mnie poruszyła, kiedy Ciebie poznałam, była Twoja determinacja dotarcia do odbiorcy. Wielu poetów nie zabiega o spotkania z czytelnikami „w realu”. Jedni podważają ich sensowność w dobie Internetu, drugich zraża zazwyczaj mała „frekwencja”  ich uczestników. A dlaczego dla Ciebie są ważne?

Myślę, że nie do końca jest tak, jak sugerujesz, bo chyba każdemu zależy na frekwencji. Według mnie problem tkwi gdzie indziej – chyba winna jest pewna rutyna i niewykorzystanie możliwości. Przyjęło się działać w sposób schematyczny – informacja o wydarzeniu na Facebooku, kilka plakatów w mieście, powiadomienie znajomych. I w efekcie stagnacja.
Będę bronił teorii, że staranna organizacja takich spotkań zawsze ma sens. Wieczór autorski ma za zadanie  przedstawienie autora jako postaci, przedstawienia jego drogi twórczej i przede wszystkim twórczości. Ale nawiązanie kontaktu z publicznością jest kluczowe. Ja zawsze na swoich spotkaniach jestem otwarty. To nie ma być prelekcja, popisywanie się swoimi umiejętnościami, ale nawiązanie kontaktu z odbiorcami. Jest to też okazja pokazania  siebie nie jako postaci wirtualnej, ale jako żywego człowieka. Sama idea popularyzacji poezji to też zabieganie o publiczność nie tylko dla siebie, ale także dla prezentowanych poetów czy muzyków. Cykliczne spotkania darzę estymą, bo podnoszą na swój sposób rangę wydarzeń. Te, które organizuję w Skwierzynie, roboczo nazwałem - „Spotkania z poezją i muzyką – zaprasza Leszek Lisiecki”. 

Na spotkaniach autorskich często czuć niewidzialny mur między sceną, na której jest przepytywany autor, a resztą sali. Ty go burzysz m.in. zapraszając uczestników do przeczytania swoich tekstów.

Najgorsza jest swoista ksobność – zakochanie się w swoim talencie i rozwoju, a przecież chyba nie o to chodzi. Jeżeli jest to za mocno wyeksponowane – tworzy się mur. A chyba warto propagować przede wszystkim twórczość?
Pierwszy raz zaprosiłem gości do współuczestniczenia w spotkaniu w Domu Kultury Wola Duchacka w Krakowie ponad 3 lata temu. Przyszło wielu znajomych poetów. Po części oficjalnej, w której zostałem przepytany przez prowadzącą Beatę Annę Symołon oraz zaprezentowałem swoje wiersze i piosenki, zaprosiłem poetów będących na sali do przeczytania nie tylko moich, ale i swoich tekstów. Nie upieram się, że podczas innych spotkań to się nie zdarzało, ale była to spontaniczna propozycja i została przyjęta z entuzjazmem, a z czasem stała się tradycją naszego środowiska. Uwielbiam, kiedy uczestnicy biorą udział w rozmowach, śpiewają ze mną fragmenty czy refren moich piosenek. Wtedy czuję, że są ze mną i mój przekaz do nich trafia.

Właśnie - muzyka. Jest nieodzowną częścią Twoich i przez Ciebie organizowanych spotkań. 

Muzyka w połączeniu z czytaniem poezji daje niepowtarzalny klimat, a jednocześnie stanowi doskonały przerywnik między kolejnymi wierszami. Często podczas moich wieczorów autorskich sam tworzę oprawę muzyczną, chociaż nie jestem ani wirtuozem gitary, ani zawodowym śpiewakiem. Dla mnie najważniejsza jest sama idea śpiewania tekstów poetyckich. Melodia plus słowa – taki przekaz zazwyczaj na dłużej zostaje w pamięci niż sam przeczytany tekst. Ułożyłem melodie nie tylko do swoich tekstów, ale i moich przyjaciół, m.in. do wierszy Joasi Rzodkiewicz i Joasi Słodyczki. Wspomnę  tutaj o wierszu-piosence pt. „Dwoisty kaprys”, który w pewnym sensie podsumuje wcześniej poruszane wątki.  Pierwsze było moje zdjęcie, do którego Joasia napisała wiersz, a następnie tytuł wiersza stał się tytułem całego tomiku, po dopisaniu melodii – swoistym kompletem ekfraz. Zdarzało nam się wykonywać je razem na scenie. 

Od kilku lat angażujesz się w promocję poezji w swoim mieście – Skwierzynie (woj. lubuskie). Wiem z autopsji, że w małych miasteczkach, pisarze są zapraszani bardzo rzadko przez instytucje kultury. Istnieje poza tym taki stereotyp, że na takie spotkanie mieszkańcy nie przyjdą. Jak to się zaczęło i jak zachęciłeś mieszkańców do uczestniczenia w nich?

To był efekt moich spostrzeżeń ze spotkań poetyckich, w których brałem udział. Kilka z nich przedstawiłem częściowo wcześniej. Byłem rozczarowany, że publiczność składa się przeważnie w zdecydowanej większości tylko z literatów, z osób doskonale znających tę formę wypowiedzi. Kiedy zacząłem poważnie rozważać organizację podobnych spotkań we współpracy z Klubem Jednostki Wojskowej w Skwierzynie i jego kierownikiem Krzysztofem Szczerbiakiem, ułożyłem takie hasło, że publiczność trzeba, ale też i można sobie „wydreptać”. Nie wystarczy rozwiesić plakaty, podać informację na Facebooku. Do ludzi trzeba docierać w każdy możliwy sposób. Na pierwsze spotkanie - mój wieczór autorski w maju ubiegłego roku - przyszło 30 osób, wśród których były tylko dwie poetki. Na drugie spotkanie w lipcu, na które zaprosiłem - Joasię Słodyczkę z Raby Wyżnej i Adę Jarosz z okolic Opola, przyszło już 50 osób. Jedną z form informowania o spotkaniu było rozmieszczanie plakatów na witrynach sklepów i rozdawanie ich w formacie pocztówkowym przechodniom na ulicy. Była też rozmowa z burmistrzem miasta, a informacja o spotkaniu ukazała się w lokalnych mediach. W grudniu zaprosiłem Janusza Ochockiego i Marka Monikowskiego – satyryków z grupy złotopotockiej. Przyszło ponad 70 osób, zabrakło krzeseł. Niektórzy z pretensjami, dlaczego nie wiedzieli o poprzednich spotkaniach, a słyszeli od sąsiadki, że było tak fajnie. Na ostatnie spotkanie w maju tego roku z Małgosią Skwarek-Gałęską i Rysiem Krauze  z Łodzi przyszło też ponad 50 osób i niekoniecznie ci sami, którzy byli poprzednio. A teraz ludzie zaczepiają mnie na ulicy pytając, kiedy odbędzie się następne. Gdy odpowiadam, że jesienią, są zdziwieni, dlaczego tak późno. Nie ma znaczenia, czy miejscowość jest mała, czy większa. Wszystko zależy od formy zaproszenia widzów i od doboru wykonawców, m.in. od ich umiejętności nawiązania fajnego kontaktu z publicznością. To procentuje.

Co było dla Ciebie największą satysfakcją z organizacji tych spotkań?

Słowa mojej znajomej – „Ja na tym twoim wieczorku poczułam się lepsza… poczułam się innym człowiekiem. Przeżyłam coś napisanego dużymi literami”. Wcześniej nie pasjonowała się  poezją w takiej formie, przyszła po prostu zobaczyć po przeczytaniu informacji na plakacie. Dużą satysfakcją jest również to, że w większości ci ludzie nigdy wcześniej nie byli na tego typu spotkaniach, wieczorkach poetyckich. I nie są to ludzie -  tak bym to określił nie ujmując ich wiedzy czy zainteresowaniom – wyrobieni poetycko, chociaż przekrój uczestników jest bardzo zróżnicowany środowiskowo.
Przy okazji tego tematu chciałbym kilka słów powiedzieć o coraz częściej ostatnio organizowanych spotkaniach z  młodzieżą w szkołach – nie tylko na poziomie licealnym, ale także podstawowym. Myślę, że to ważna forma propagowania literatury, poezji, określę to „na żywo”. Kilka lat temu dyskutowaliśmy o tym na panelu Krakowskiego Oddziału ZLP w ramach Targów Książki. Sam, czy też razem z moimi przyjaciółmi, brałem udział w takich spotkaniach na terenie całego kraju, zarówno w Warszawie jak i w małych szkołach gminnych, np. w Izbicku k/Opola czy w Obidowej k/ Nowego Targu. Dzieci, młodzież bardzo aktywnie i z zainteresowaniem biorą udział w takich rozmowach o poezji. Świetna sprawa.  Naprawdę daje dużo satysfakcji.

Bierzesz udział również w ogólnopolskich „zlotach poetów”. Opowiedz o tych, które najbardziej cenisz, na które wracasz, które byś polecił innym.

Są takie trzy ważne dla mnie, w których staram się co roku brać udział – wymienię chronologicznie. Zlot Poetów w Łodzi – zawsze w ostatni weekend lipca - organizuje Małgosia Skwarek-Gałęska – prezes Łódzkiego Oddziału ZLP.  Spotkania odbywają się w szkole. Warsztaty nie tylko poetyckie, konkurs jednego wiersza, zawsze sporo atrakcji.

We wrześniu „Skorusa” w Zakopanem. Tak ją zwiemy od nazwy gospody, w której finalizujemy ten dwudniowy zlot organizowany dla uczczenia pamięci zmarłego Jurka Tawłowicza – przewodnika tatrzańskiego, poety, barda. Organizatorką jest jego żona Ania .
W październiku -  „Złoty Potok” w Janowie niedaleko Częstochowy, który organizuje Klub Literacki Jan. To też impreza dwudniowa, z konkursem jednego wiersza.
Od ubiegłego roku doszły dwudniowe spotkania organizowane przez Szczeciński Oddział ZLP – w czerwcu.
Każdy może przyjść. To spotkania otwarte –  i dla poetów, i dla publiczności. Zawsze jest serdecznie i sympatycznie, a jednocześnie twórczo. Jest możliwość poznania nowych ludzi z innych grup literackich, ich zwyczajów i metod organizacji.
W czasie tych spotkań wymieniamy nie tylko doświadczenia związane z literaturą i muzyką.  Podam jeden przykład. W luźniej rozmowie z Joasią Słodyczką okazało się, że mamy inne wspólne pasje – zainteresowanie historią naszych miejscowości. W moim przypadku historią Warszawy. Zaowocowało to wspólnym – zrealizowanym – projektem pt. „Rabianie w Powstaniu Warszawskim


Dziękuję za rozmowę.

 

 

Agnieszka Sroczyńska

Powrót